Długo mi zajęło pisanie tej recenzji, właściwie są to moje osobiste i zupełnie subiektywne przemyślenia i odczucia słuchając po raz któryś dziesiąty tego zestawu. Piosenki te były ze mną od pewnego czasu. Ostatni raz oczekiwałem tak płyty "X", wówczas usłyszałem zespół, który chciał być na siłę modny, popowy... nie ukrywam, nie podobało mi się to. Teraz jest zupełnie inaczej, wiedziałem że gorzej niż na "X" być nie może. No i nie jest. Def Leppard w końcu chcą być jak Def Leppard, ale...jak nowoczesne Def Leppard !!
 
           No to Let's Go. Pierwszy utwór (zarazem pierwszy singiel) mnie powalił, zwłaszcza pod względem brzmieniowym. Jest taki dowcip, że tonącego basistę nikt nie ratuje, bo nikt go nie słyszy. Sav'a ratowali by jako pierwszego. Let's Go, przyrodni brat utworu Pour Some Sugar OnMe, mógłby bez kompleksów ozdobić pl album Hysteria. Drugim utworem (no i drugim singlem) jest Dangerous będący istną kopią Photograph z elementami piosenki Promises (tak, tak sądzę; -) ), ale w pozytywnym znaczeniu. Phil wspominał w wywiadach, że piosenkę stworzył podczas pracy z Mutt'em Lange (możliwe ze za czasów albumu Euphoria), naprawdę to słychać ! Man Enough naprawdę kojarzy się z Queen, mianowicie z Another One Bites The Dust. Linia bassu przenosi w lata 80, wręcz popowe lata 80. Nic w tym dziwnego bo to właśnie Sav jest największym fanem Queen z wszystkich członków zespołu (King of the word to piosenka jego autorstwa). Ja mam osobiście tez skojarzenia z płytą Calling All Stations – Genesis. W We Belong wokalnie udzielają się wszyscy, jest sentymentalnie i balladowo, klimatycznie jak na Euphorii. W Invincible znów "pierwsze skrzypce" gra Sav na swoim Hammerze. Mocna linia basu daje kopa, głos Joe też jest specyficzny podobny do Davida Bowiego. Po kilku przesłuchaniach jest to naprawdę dobra i przyjemna piosenka. Sea of Love...hmmm Def Leppard jak U2 ? Tak jest to możliwe głównie dzięki modulacji głosu Joe, dodane echo daje dobry efekt. Siódmą piosenka jest Energized. Totalnie elektroniczno-popowy utwór, wyjęty z sesji nagraniowej do X. All Time High to dla mnie typowy wypełniacz płyty, lecz nigdy nie miałem ochoty go pominąć i przesłuchiwałem go regularnie. Jest dobry mimo denerwującej mnie partii perkusji podczas zwrotki. Sam refren kojarzy mi się z "nowym" Bon Jovi, jednak gitary ratują ten utwór. Battle of My Own to akustyczno-rockowy kawałek. Wstęp akustyczny jest długim wstępem do mocno rockowej końcówki, no i to brzmienie gitar !! Broken 'N' Brokenhearted to jeden z utworów jakimi raczy nas zespół przez ostatnie 15 lat. Brakuje mu tego czegoś, ale jest fajna, pomysłowa solówka. W Forever Young panuje totalny chaos. Pominę tą piosenkę bo nie podoba mi się. Jeżeli oczekiwaliście ballady to oto i ona, Last Dance. Nie jest to typowa power ballada, bliżej jej do ballad z płyty Slang. Teraz zrobi się trochę mroczniej jak w latach 70 pokazywali Genesis z Peterem Gabrielem, takie jest Wings of An Angel. Płytę zamyka Blind Faith, utwór inny niż wszystko co Def Leppard nagrali i...najbardziej mi się podobający, a głos Joe na końcu wbija w siedzisko...
 
        Reasumując, nie jest to płyta odkrywcza, jak i nie jest to płyta na miarę Hysterii czy Pyromanii ( Def Leppard nie nagrają już takich płyt tak jak Bon Jovi nie nagrają drugiej New Jersey czy Iron Maiden drugiej Somewhere in Time) aczkolwiek jest to dobra płyta, taka jakiej oczekiwała (albo spodziewała się ) większość fanów. Niestety trzeba dać się jej osłuchać. Ja osobiście mogę stwierdzić, że jestem dumny z zespołu, którego logo będzie zdobić moją rękę już do końca życia. Z czystym sumieniem dodam, że jest to najlepsza płyta nagrana z Vivian'em Campbell'em. Oby zespół Def Leppard grał jak najdłużej, oby w tym samym składzie i oby w takim samym stylu !
Bravo ! 
/Ded